Uczucia są jak świece pomagają żyć, jeśli się spalają

 

Śmierć bliskich wywołuje w nas jeden z najtrudniejszych do zniesienia stresów; czujemy się tak, jak gdyby ze zmarłym odeszła część nas samych. A przecież od dnia narodzin doświadczamy wielu strat: tracimy czas, przyjaciół, pracę, pieniądze.

Śmierć, mimo że jest najdotkliwszą z nich wszystkich, pozostaje stratą i tym samym nieodłącznym komponentem życia. Ta prawda wydaje się oczywista, jednak współczesnej cywilizacji udało się ją podważyć.

 

Śmierć wstydliwa jak pornografia

 

Bezsilność wobec śmierci wywołuje w nas odruchy lękowe. Boimy się bólu i cierpienia jakie jej towarzyszą, chociaż nasze wyobrażenia na temat śmierci są mgliste – trudno nam przecież odwołać się do własnego doświadczenia.

 

W mediach uczyniono ze śmierci spektakl. Jednak śmierć, pokazana na pierwszych stronach gazet i w czołówkach programów informacyjnych, pozostaje anonimowa i obca. Kolorowe zdjęcia z miejsc katastrof przyciągają wzrok i nic więcej. Najczęściej bardzo szybko zapominamy, że jakaś tragedia miała miejsce, skoro już na początku wydaje się nam czymś odległym, prawie tak nierzeczywistym, jak nasza własna śmierć. Cóż, nawet o zgonie bliskich dowiadujemy się przez telefon lub z nekrologów.

Ostanie dni umierającego powierzone zostały opiece instytucji i wyspecjalizowanemu personelowi. Dlatego też i na samą śmierć spoglądamy z punktu widzenia medycyny, traktujemy ją jak kolejną chorobę. Podobnie postrzegamy ból i cierpienie: każdy błahy powód jest wystarczającym usprawiedliwieniem do zażycia kolejnej tabletki uspokajającej czy przeciwbólowej. Niestety, śmierć jest nieodwołalna. Nie ma na nią lekarstwa. Niektórzy twierdzą, że jedynym wyjściem jest jej marginalizacja...

Obecnie cierpienie i umieranie stało się tematem tabu, jakim do niedawna była np. pornografia. Nie mówiło się o niej, chociaż istniała gdzieś „w drugim obiegu”. Dziś pornografia jest powszechnie dostępna, a jej miejsce w kategorii rzeczy wstydliwych zajęła śmierć. Wypieramy ją ze świadomości i z codziennego życia, media pokazują jedynie ludzi młodych i szczęśliwych. Starość i ból przeżywa się w odosobnionych zakładach, domach starców i hospicjach. W ten sposób społeczeństwo uwalniane jest od przykrego i męczącego widoku, bo przecież ból i cierpienie nie ma żadnej wartości pozytywnej... Tylko że w takiej sytuacji życie naznaczone cierpieniem również staje się bezwartościowe. – Kiedy dotyka nas cierpienie nie do zniesienia, lepiej wybrać bezbolesną śmierć – twierdzą zwolennicy eutanazji...

 

Wentyl bezpieczeństwa

Wraz z marginalizacją śmierci bardzo szybko zmieniło się nastawienie do żałoby. Z wielkich miast zniknęły kondukty pogrzebowe. Najbliższa rodzina nie zajmuje się już przygotowaniem pochówku, tę funkcję przejęły zakłady pogrzebowe. Mniej powszechne jest także publiczne wyrażanie żalu w postaci żałobnego stroju, czarnej opaski czy wstążki. Dla współczesnego człowieka żałoba stała się czymś archaicznym i nieatrakcyjnym.

Tymczasem żałoba to przede wszystkim emocjonalna reakcja na utratę bliskiej osoby. Żałoby nie można uniknąć. Można zagłuszyć uczucia, jakie jej towarzyszą, ale, jak ktoś powiedział, „uczucia są jak świece – pomagają żyć, jeśli się spalają”. Wszelkie próby tłumienia i zagłuszania emocji prowadzą do wyniszczenia i spustoszenia w psychice.

Żałoba wcale nie jest chorobą i nie należy z nią walczyć. Żałobę trzeba przeżyć. Proces żałoby działa jak wentyl bezpieczeństwa: usuwa nadmiar negatywnych emocji i w konsekwencji przywraca człowieka do normalnego życia. Dlatego tak ważne jest świadome przepracowanie poszczególnych jej etapów, przyjęcie z pełną świadomością cierpienia, pustki i samotności.

 

Żałoba ma swój czas

Nieważne, czy śmierć nadeszła nagle, czy długotrwała choroba pozwoliła ją przewidzieć – zawsze jej nadejściu towarzyszy zaskoczenie i niedowierzanie. Przyjęcie prawdy o śmierci wywołuje wstrząs, przed którym człowiek podświadomie broni się, za wszelką cenę próbując oddalić jej realność. Konieczność zajęcia się pochówkiem pomaga przejść przez najtrudniejsze stadium rozstania. W rytuale pogrzebowym kryje się chęć godnego pożegnania ukochanej osoby, zaakcentowania jej znaczenia w naszym życiu. Widok składnej do grobu trumny potwierdza nieodwołalność śmierci. Pozwala uświadomić sobie, że przeszłości w żaden sposób nie można przywrócić. Jeśli z jakichś powodów odprawienie pogrzebu nie było możliwe, rozstanie ze zmarłym przebiega o wiele trudniej. Żałoba może wtedy trwać całe lata.

Po pogrzebie uczucie bólu nasila się. To czas przeżywania bardzo intensywnych emocji: żalu, gniewu, smutku, lęku. Charakterystyczna jest wówczas koncentracja myśli na osobie zmarłej. Osoby pogrążone w rozpaczy duże znaczenie przywiązują do pozostawionych po zmarłym przedmiotów. Nikt nie może zmieniać ich położenia, bo w każdej chwili może wrócić ich właściciel. Chęć ocalenia wspomnień może przybrać jeszcze bardziej dramatyczną formę: żałobnik zaczyna się identyfikować ze zmarłym, naśladuje jego sposób zachowania, ubiera się podobnie, a nawet uskarża się na podobne choroby.

Z upływem czasu napięcie znika i powoli przeradza się w smutek i rezygnację, a nawet w depresję. Depresja jest gniewem zwróconym przeciwko sobie. Pojawia się wtedy, gdy człowiek z obawy przed odrzuceniem nie jest w stanie uzewnętrznić wzbierających w nim uczuć. W cieniu depresji kryje się również poczucie bezsilności. Wtedy nawet codzienne obowiązki sprawiają wiele kłopotu.

Żałobnik usilnie próbujeprzemyśleć zaistniałe wypadki. Przeważnie sprowadza się to do skrupulatnej analizy przyczyn śmierci. Odpowiedzialnością obarcza lekarza, pielęgniarki, najczęściej jednak wini samego siebie.

Kiedy żałoba nie jest przeżywana świadomie i osoba osierocona stara się tłumić uczucia, reakcje emocjonalne bywają tak zniekształcone, że może dochodzić do aktów autoagresji.

Przypadki samookaleczenia i samobójstw są desperackimi próbami zrozumienia śmierci bliskiej osoby.

 

Przyjaciele Hioba

Pewna kobieta żaliła się: „Na pogrzebie męża było czterysta osób, a teraz nie ma nikogo, teraz jestem sama”. Samotność pozwala spokojnie rozważyć swoją sytuację, natomiast osamotnienie sprawia, że żałobnik gubi się w chorobliwych przemyśleniach.

Obecność drugiej osoby pozwala mu utrzymać kontakt z rzeczywistością. Jest to obecność szczególnego rodzaju: trzeba umieć wysłuchać osobę, która przeżyła stratę, trzeba ją przyjąć taką, jaka jest, z całym jej stanem emocjonalnym.

W Starym Testamencie przyjaciele Hioba na widok jego nieszczęść okazują mu solidarność, przez siedem dni i nocy milczą, ponieważ widzieli, jak wielki jest jego ból (por. Hi 2, 13). Oni towarzyszyli Hiobowi w drodze. Nie próbowali „minimalizować” jego cierpienia – blizna zawsze pozostaje blizną. Woleli milczeć niż próbować wygłaszać utarte frazesy. Slogan jeszcze nikogo nie uleczył.

 

Bulwersująca prawda

Żałoby nie można uleczyć słowem. Najważniejszą rolę odgrywa tutaj czas. Po kilku tygodniach od pogrzebu śmierć bliskiej osoby staje się coraz bardziej realna, nadchodzi okres zmagania się o nową tożsamość. Żałobnik zaczyna się otwierać na świat i akceptować nową sytuację: kobieta była małżonką, a staje się wdową; osierocony uczy się swojej nowej roli.

Więzi emocjonalne, jakie łączyły nas z umarłym, nie dają się łatwo przenieść na inne relacje. Próba wypełnienia pustki po zmarłym i wyjście ze stanu izolacji jest mozolnym poszukiwaniem sensu życia.

Najtrudniejsze bywa przyjęcie do świadomości faktu, że przeszłość jest zamkniętym rozdziałem, przyszłość natomiast musi zostać zorganizowana na nowo. Wymaga to przede wszystkim konfrontacji z prawdą, że ktoś odszedł nieodwołalnie. Ta brutalna prawda umożliwia akceptację straty i powrót do normalnego życia. Bulwersuje to wielu ludzi, zwłaszcza niewierzących, dla których śmierć jest końcem. Chrześcijanin spogląda na to wydarzenie z innej perspektywy. Wierzy w życie wieczne, chociaż nie zawsze ułatwia to akceptację śmierci.

Sztuka umierania – sztuka życia

W XV w., kiedy w Europie wybuchały epidemie zarazy, John Gerson wydał małą ilustrowaną książeczkę Ars moriendi (Sztuka umierania). Był to poradnik napisany z myślą o duchownych, którzy mieli towarzyszyć umierającemu w ostatniej godzinie. Wkrótce powstała również jej popularna wersja, przeznaczona dla szerokiego kręgu odbiorców. Umierający mógł w niej znaleźć pocieszenie, a przeżywający żałobę wsparcie w trudnym procesie powrotu do realiów życia.

„Sztuka umierania” nie propagowała biernej postawy wobec śmierci. Wręcz przeciwnie: przekonywała, że przyjęcie bolesnej prawdy o naszej śmiertelności, o bólu i cierpieniu, które są wpisane w umieranie – paradoksalnie – pozwala zaakceptować życie.

Przed doświadczeniem śmierci nie możną uciec, żałobę trzeba przeżyć. Sztuka umierania jest zarazem sztuką życia (ars vivendi). Życie trzeba przyjmować w całości; jest w nim miejsce nie tylko na radość i szczęście, ale na cierpienie i śmierć. Musimy się nauczyć przyjmować i akceptować życiową stratę. W przeciwnym przypadku czeka nas emocjonalna śmierć.

 

Ks. Jan Dziedzic

 

Ks. dr Jan Dziedzic – adiunkt Katedry Psychologii Religii na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Zajmuje się problemami z zakresu eutanazji, pomocy psychologicznej osobom umierającym lub przeżywającym żałobę

 

Tekst pochodzi z miesięcznika katolickiego LIST 11/2004, „Kiedy zmarły przychodzi po pomoc”

 

 
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież